
Kolejna edycja psich wyścigów u naszego nieocenionego komandora Jerzego Prochala przeszła do historii. VII Jesienne Międzynarodowe Wyścigi Psów Zaprzęgowych „ O złoty but” rozegrane na estradzie boskiego teatru, przy rustykalnej, bukolicznej, pełnej słonecznego światła pogodzie. To prezent, ale tylko na niedzielę, wymodlony przez nasze pieski w Sanktuarium Kalwarii Zebrzydowskiej.
Tak to właściwa ksywa, Promyk, tutaj naocznie można się o tym przekonać, która zaświtała w mojej głowie, tego dnia, kiedy dokonała się w mojej psyche zmiana na lepsze. Promień zawsze kojarzy się u mnie z szafarzem światła, optymizmu i nadzieją... no i ten szlachetny jego błysk w tych cudownych oczach... Uwielbiam to!
Zostaną nam Don Kichotom, niepoprawnym marzycielom i ludziom szlaku, wspomnienia na długie zimowe wieczory, kiedy tęskna i dzika kantylena naszych piesków, czujących zew wilka, rozpocznie się na dobre.
Co się wydarzyło tym razem, co nowego, co warto będzie wspominać?
Genius loci
Kalwarii i Bracia Mniejsi od Franciszka z Asyżu, który jak nikt przed nim,
kochał zwierzęta. Oto w kaplicy przy Bazylice jesteśmy na Mszy z pieskami.
Sunia wyczuwa nastrój i podniosłość chwili i zachowuje się
nienagannie, czasami tylko odwraca się, aby ogarnąć wzrokiem swoich kumpli ze
szlaku. Jeszcze nigdy, tak blisko sanktuarium maryjnego, tak bliskiego Ojcu Św.
nikt naszych braci mniejszych zwierząt do Kościoła nie wprowadzał.
Czytanie jest
bardzo symboliczne i zbiegło się w czasie z głębokim sensem tych zawodów,
czemu dałem wyraz na mecie drugiego dnia wyścigu, kiedy szczęśliwy,
ochlapany błotem, tak jakbyśmy bagno z sunią przemierzali w pław – udzielałem
wywiadu dla 3 programu krakowskiej telewizji „ Tak mówię Wam, przyłączcie
się do nas, oto dowód, że można w crossie biegać z każdym pieskiem.
„Cudowna pompa mięśniowa, tu w tej dzikiej scenerii Beskidu Wysokiego to
jedno, afirmacja życia, to jest najważniejsze, nie traćcie czasu”.
Czułem czynność
serca w gr. 220/min, płuca chciały rozerwać okowy klatki piersiowej, a sunia
padła bez czucia, jakby zasnęła, tylko jej jęzor na wierzchu i zapadające
się boki, sygnalizowały, że żyje.
Słucham
czytania: „byłem głodny, daliście mi jeść, byłem spragniony daliście mi
pić”...
Czytający,
brat Teodor, zawiesił czytanie i spojrzał wymownie na nasze psy, które
zgodnym chórem północnego zaśpiewu starały
się wyjednać niebo dla swoich ukochanych maszerów.
Natychmiast
wyraziście zobaczyłem przed bramą domu w Rosanowie wiejskiego kundla z
parchami, widać to było wyraźnie w poświacie Księżyca. Wyciągam odruchowo
rękę, suka ze sznupą między sztachetkami, macha przyjaźnie żałosnym
kikutem ogona. Wiejski burek błaga mnie liżąc moje palce, wpuść mnie.
„Jestem głodny
daj mi jeść, jestem spragniony, daj mi pić”.
Stchórzyłem,
nie zrobiłem tego, odszedłem bez słowa...sunia spojrzała na mnie z wyrzutem.
Nie spałem tej nocy, a pysk tego kundla wciskał się wszędzie. Teraz w tej
kaplicy Matki Bożej Anielskiej, gdzie Papież modlił tak żarliwie błagając
o przebaczenie za grzechy ludzkości, znowu zobaczyłem żałosny pysk
wiejskiego burka. On domagał się ode mnie: „daj świadectwo swojej wierze człowieku,
kimkolwiek jesteś, masz teraz taką wspaniałą okazję”.
Ja,
nie skorzystałem, będzie mnie to prześladować do końca życia. Mają rację
wyznawcy jedynego Boga Jahwe: „kto ratuje jedno życie, ten ratuje cały świat”.
Ohyda, gdybym był psychopatą pewnie bym się pochlastał, nie mogę patrzeć
na swoje odbicie w lustrze.
Mówi Heniu Wiśniewski
sprowokowany przeze mnie, kiedy tak kordialnie ucałował Dianę.
„Dlaczego płaczesz
pytam? ... Bo mi umarła!
Heniu no co ty,
przecież zawsze miałeś te białe Samoyedy.
Odwraca głowę,
jak pies węszący pod wiatr i mówi. To jasne nigdy nie miałem dobermanicy...
umarła przed miesiącem moje dziewczyna.
„Rano, jak co
dnia, ubrała się do pracy, tylko zdziwiło mnie, że bez makijażu, a później
to widziałem jej twarz tak okropnie zmienioną, że gdyby nie jej ciuchy i dowód
w torebce miałbym obiekcje”, a przecież ,powiada „za życia była taka piękna”...
W niedzielę
Henio dał z siebie wszystko, jego pieski jazgocąc z wielką szybkością zbliżały
się do mety, przyśpieszyły wyraźnie, one grały. Wisniewski kucał i łapał
powietrze jak ryba, miał zamknięte oczy i milczał. Wiedziałem, że się
modli, bo jego wargi poruszały się z szybkością modlitewnego młynka. To
zdumiewające, ten kacerz, agnostyk i heretyk, znany panteista, teraz szukał
pojednania i starał się swoją maszerską mitręgą wyjednać dla Niej Niebo.
Zaiste, kiedy
Pan, chce kogoś ratować, to go głęboko doświadcza. To już nie ten sam człowiek,
którego znałem z tylu pięknych wyścigów, młody piękny, pewny siebie,
pozujący na twardziela z „Ludzi 40-tej mili”
J. Londona. Teraz sczezł, schudł, ale dziwnie wyszlachetniał, jego ból,
ukształtował go od początku. Wreszcie, to paradoks, zaczął normalnie żyć.
Jerzy Prochal
nasz kochany Jurek, co się z nim takiego stało, jak do niego trafić? Jego
osobowość jest w absolutnej opozycji do pięknej i zawsze uśmiechniętej żony
Michaliny. Jest taki skryty, zasadniczy, konkretny, przestał się uśmiechać.
Iskrzy od czasu do czasu abstrakcyjnym dowcipem improwizowanym na poczekaniu, to
„psi pazur” jego błyskotliwej inteligencji. Uwija się jak w ukropie,
wszystkim chce dogodzić. Skąd ten wewnętrzny smutek, doprawdy nie wiem, coś
go wyraźnie gryzie?
Andrzej z
Rzeszowa tym razem bez zaprzęgu, mówi na starcie drugiego dnia w Stanisławie
Dolnym: „Zygmunt!; ty człowiek z
tym stopniem na tym stanowisku, co ty tu robisz?, to błazenada, to na mój gust
nikomu nie może dogodzić, to sami zakręceni ludzie rozglądnij się dookoła!”.
To prześmiewca, chwytam te nutę, idziemy tym śladem i śmiejemy się z samych
siebie.
Suka wycięła
numer niesamowity. Drugiego dnia po sesji zdjęciowej dla redakcji „Mojego
psa”, Karol Graczyński, znany artysta fotografik przygląda się i mówi .
„Zygmuś Twoja, czy nie Twoja, jakaś chora”. Rzeczywiście suka zapiera się
czterema nogami i nie chce iść na start, ma dość, „mówi”, że chce do
domu. Wyłamuje się i odmawia ekstremalnej zabawy. Oczywiście wymuszam na niej
posłuszeństwo, ale właściwego jej entuzjazmu nie wykrzesam, co zaowocowało
prawie 3 minutami straty w stosunku do edycji sobotniej. Trudno taki los maszera,
nie ma przyzwolenia na szalone bieganie góra-dół, po bagnie i wertepach.
Gdybym mógł złapałbym
się zębami za własny ogon. Trzy godziny wcześniej zrobiłem Dianie zastrzyk
z Traumelu S, teraz to już tylko chce jej się spać. Moje zaklęcia i błagania
przynoszą oczekiwany skutek, po kilku kilometrach wyraźnie rozkręca się i
nawet chwilami napina linkę, „dzięki ci, Sunia! pomóż błagam cię”.
Andrzejek
skupiony i milczący, „Koszałek Opałek” naszej wyprawy „po złote
runo” uwiecznia dla mnie, różne fragmenty tego spektaklu. Czuję, że mu się
podoba to psie szaleństwo i ta cała egzotyczna zabawa. Już widzę
maszerskiego chochlika w jego oczach. Daj Panie Boże!, jeszcze jeden kandydat
na czeladnika do naszego klanu. Usilnie namawiam Andrzeja, aby od czegoś zaczął,
niech to będzie jazda „baykiem” po rosanowskich bezdrożach, w czasie moich
niekończących się treningów.
Targają mną
sprzeczne uczucia: z jednej strony zadowolony jestem ze zwycięstwa nad sobą,
ostatecznie 5-te miejsce to nie wstyd, przy tych relacjach czasowych w stosunku
do zwycięzcy Romka Balasia ze Słowacji, z drugiej strony gorycz porażki i tąpnięcie,
to już koniec pora umierać.
„Nawiązujesz
walkę z młodziakami, ale już nie wygrywasz, na tyle treningu, powinno być
lepiej, a może to Diana nawaliła”?
To jasne,
oczywiście wszystkiemu winna Diana, od razu poczułem się lepiej. Nigdy nie
wejdziesz do tej samej rzeki, nikt nie oszuka bezlitosnego i bezdusznego „tempus
fugit”. Mimo to chce się żyć! Pieski to nasza nadzieja i chodzący
optymizm.
Wszyscy plotą,
że nie można mieć miłości za pieniądze, a przecież wystarczy kupić sobie
psa!
Zygmunt
Trojanowski mpr. 24/25.11.02AD.